Serce Etiopii

Prawdziwa czarna etiopska kawa

Kiedy myślę o Etiopii czuję zapach dymu, prażonych ziaren kawy i palonego kadzidła. Takie właśnie zapachy rozpościerają się na niemalże każdej ulicy w Awassie, w której dane było mi spędzić nieco ponad dwa miesiące.

Początki bywają trudne – wszyscy o tym dobrze wiemy. Zwłaszcza, gdy trafimy do zupełnie obcego kulturowo kraju, gdzie mało kto mówi po angielsku i  wszystko jest nowe, inne, jeszcze niepoznane. Takie właśnie były moje początki w Domu Matki Teresy w etiopskiej Awassie.  Misjonarki Miłości prowadzą tam dom opieki dla osób chorych, niepełnosprawnych oraz znajdujących się bardzo trudnej sytuacji życiowej. Jest to bardzo potrzebne miejsce, ponieważ wszelkie przychodnie i szpitale w Etiopii są płatne. W Domu Matki Teresy spotkać można bezdomnych lub skrajnie ubogich cierpiących na gruźlicę, AIDS, nowotwory, choroby psychiczne, chorobę głodową, poparzenia i wiele innych dolegliwości. Częstym widokiem są również matki z dziećmi – często to prostytutki, które po zajściu w ciążę nie miały się gdzie podziać, a Dom Matki Teresy był dla nich ratunkiem. Pierwszy tydzień  spędziłam głównie z dziećmi naszych pacjentek w ośrodku. Niektóre z nich również wymagały medycznej opieki. Serie uścisków dłoni  zaczynały każdy dzień. Później jak najwięcej zabawy, sportu i nauki, gdyż na co dzień, gdy nie było wolontariuszy, brakowało kogoś kto zaanimuje jakoś ich czas.

Misjonarki Miłości z wolontariuszami misyjnymi
Jednym z moich zadań było rozdysponowanie leków

Pewnego dnia nastąpił dzień przełomowy  do naszego ośrodka przyjechała siostra Jan Maria – lekarka, która oddawała całe swoje serce tamtym ludziom. Poprosiła o pomoc przy wydawaniu leków w budynku dla mężczyzn. Zgodziłam się bez wahania. Adaptując się do nowej przestrzeni, otrzymałam kolejne zadanie postawione przez Magdę, świecką misjonarkę komboniankę, która pracowała tam od kilku lat, pomoc przy małym zabiegu. Zaufałam Panu Bogu, że dam radę, choć była to moja pierwsza taka asystencja w życiu. I tym sposobem stałam się na chwilę częścią tamtego miejsca. Opatrunki, rozdawanie jedzenia, karmienie, asystencja przy małych zabiegach, odwiedzanie chorych i opieka nad nimi stały się moimi kluczowymi elementami  dnia. Myślę, że nie bez powodu Pan Bóg postawił mnie właśnie akurat w tamtym miejscu – pacjenci dawali mi mnóstwo radości i mam nadzieję, że udało mi się odwdzięczyć tym samym.  Choć warunki czasem były kłopotliwe, a sytuacje trudne, nie wychodziło by mi to wszystko, gdyby nie codzienna możliwość Eucharystii i adoracji Najświętszego Sakramentu wraz z gospodyniami tego miejsca – Misjonarkami Miłości. To one każdego dnia swoją postawą uczyły mnie, jak odkłada się swoje „ja” na bok, kiedy inni potrzebują naszych rąk, uwagi i zaangażowania.

To dwumiesięczne doświadczenie misyjne nauczyło mnie przede wszystkim, że trzeba się uśmiechać do innych ludzi i promieniować Bożą radością ile tylko się da. A najlepiej czerpać ją ze źródła –  z sakramentów i bliskiej relacji z Jezusem. Tylko on jest w stanie poukładać nasze serce na tyle, by nie dać się trudnościom i po prostu być dla drugiego człowieka.

Klaudia Cichocka

Przewiń do góry
F