W INNYM ŚWIECIE… (GHANA 2008)

- Pojechałabyś do Ghany na dwa miesiące? Jest taki projekt… Ale musiałabyś zdecydować jeszcze dziś – powiedział do mnie przez telefon ksiądz Tomek, pewnego majowego popołudnia.

Ten dzień miał na zawsze odmienić moje życie.

Bo kiedy, roku temu, wstępowałam do Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, w głowie rodziła się już myśl o wyjeździe do Afryki. Dojrzewała powoli, bo czasami na taki wyjazd czeka się parę lat. Wolontariuszy jest sporo, a projektów kilka w ciągu roku. Poza tym, każdy z nas dopiero w pewnym momencie czuje, że jest gotowy. Ja dostałam taką szansę nagle, nie spodziewając się, a jednocześnie natychmiast przyjmując wyzwanie, które spadło mi jak z Nieba.

„Together for Development”, bo tak nazywał się nasz projekt, zakładał współpracę czterech państw: Ghany, Peru, Grecji i Polski. Pierwsze dwa zostały wybrane spośród krajów rozwijających się, w których istnieje zapotrzebowanie na programy edukacyjne dla młodzieży. Partner grecki zapewniał współpracę w merytorycznym przygotowaniu nas do realizacji celu, a Ela z Krakowa – głównej siedziby „Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego – Młodzi Światu”, była twórczynią i koordynatorką projektu, który zyskał uznanie i wsparcie finansowe ze strony Komisji Europejskiej.

Głównym celem „Together for Development” była aktywizacja młodych ludzi z Ghany i Peru poprzez wyszkolenie ich na tzw. liderów, którzy byliby w stanie organizować się w grupy lokalne, działające na rzecz rozwoju swoich państw. Aby ten szczytny cel osiągnąć, cała grupa animatorów z czterech państw spotkała się jeszcze w czerwcu w Krakowie na tygodniowym szkoleniu przygotowującym. Cztery tak odmienne państwa, trzy kontynenty, różnorodność ras, kultur, mentalności i religii, zapowiadały niezapomnianą przygodę.

I tak, razem z dwiema osobami z Polski, trzema z Grecji i pięcioma z Ghany, przez cały lipiec i sierpień realizowaliśmy wyznaczone cele. W tym samym czasie, podobny skład znalazł się na równoległym kontynencie – w Peru.

Ghanijski świat zaczęliśmy poznawać w Akrze – stolicy tego, pokrytego czerwoną laterytową ziemią i zielonym buszem, kraju. Kraju, który jako pierwszy w Afryce, w 1957 r. odzyskał niepodległość i od tamtej pory nie zaznał wojny, tak jak się to stało chociażby w przypadku pobliskiego Sierra Leone czy Liberii.
I właśnie ten spokój jest najbardziej charakterystyczną cechą tamtejszej ludności, która, borykając się z problemami, jakich nie ma żaden Europejczyk, potrafi cieszyć się z każdego dnia, tańczyć, śpiewać, a otwartością i uśmiechem podbijać serca „obroni” – co w ghanijskim języku Twe oznacza „biały człowiek”.

Przez pierwsze trzy tygodnie mieliśmy czas na poznawanie otaczającej nas nowej rzeczywistości. Szok kulturowy sprawiał, że wszystko wokół fascynowało, oczy niemal pochłaniały każdy napotkany widok – kobiety noszące na głowach kosze z najrozmaitszymi towarami, kolorowe stragany, niskie, drewniane domki, hałaśliwych handlarzy, dźwięki bębnów, gwar na szerokich jezdniach, uśmiechnięte twarze przechodniów. I ten niewytłumaczalny zapach afrykańskiego powietrza…- pomieszanie wilgoci, tradycyjnych potraw, ziemi, wszechobecnej zieleni i Słońca – powodujących nieodpartą chęć życia.

Naszym zadaniem było odwiedzenie kilku lokalnych organizacji pozarządowych w Akrze, a potem też w Sunyani – miejscu docelowym, by jak najlepiej zrozumieć problemy ghanijskiej młodzieży, poznać sposoby walki z nimi, a następnie wdrożyć zdobytą w ten sposób wiedzę w organizowane przez nas szkolenie. Byliśmy pozytywnie zaskoczeni pracą NGOs, które z reguły wspierają ludzi chorych na AIDS, samotne lub chcące zaktywizować się kobiety oraz dzieci, które zamiast chodzić do szkoły – pracują na ulicach.

Sunyani to niewielkie miasteczko w środkowo-zachodniej części Ghany. To tam właśnie, pośród gęstego buszu, nasza grupa została rodzinnie przyjęta do wspólnoty salezjanów, którzy od wielu lat wspierają ten region, nie tylko słowem Bożym, ale i opieką nad dziećmi ulicy, sierotami, a także nauką w szkole zawodowej, którą sami zbudowali.
I właśnie w Don Bosco Vocational Technical Institute, bo tak nazywa się szkoła, zorganizowaliśmy dwutygodniowy obóz dla 126 młodych Ghanijczyków, podczas którego staraliśmy się w interaktywnej formie wyszkolić ich w zakresie praw człowieka, Milenijnych Celów Rozwoju, aktywnego obywatelstwa, pracy w NGOs, etapów powstawania projektu, pracy w grupie, problemu wykluczenia ze społeczeństwa, edukacji nieformalnej, a to wszystko, by przygotować ich do roli lidera grupy. Oczywiście, kurs zaczęliśmy od zajęć na temat dialogu międzykulturowego, by lepiej poznać odmienność Ghany w stosunku do europejskich państw – Polski i Grecji.

Napięty grafik, w którym było też miejsce na rywalizację sportową i wieczorne zabawy, dostarczył wszystkim niezapomnianych wrażeń. Ghanijska młodzież jest pełna zapału do pracy, otwarta, a przede wszystkim szanuje cudzą pomoc, co sprawiło, że warsztaty przebiegały w atmosferze radości i przyjaźni. Nigdy nie zapomnę pożegnalnego wieczoru, kiedy to moja grupa zaśpiewała mi piosenkę, bym nie wyjeżdżała, a została z nimi na zawsze…

Ostatni tydzień przeznaczyliśmy na ewaluację, a w pewnym momencie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, siedziałam już w samolocie powrotnym do Polski. Dwa miesiące minęły bardzo szybko, choć będąc w Ghanie ma się wrażenie, że czas płynie jakby obok. Niespieszny tryb życia mieszkańców prędzej czy później staje się przyzwyczajeniem, od którego człowiek nie ma ochoty uwalniać się tu, w Europie.

Jedno jest pewne – przyjechaliśmy tam jako wolontariusze pomóc ludziom, którzy tak naprawdę bardziej pomogli nam. Warto czasem spojrzeć na swoją codzienność z innej perspektywy.
Bo po takim wyjeździe okazuje się najprostsze: wszystko jest możliwe.

- Proszę księdza, ja nie muszę się długo zastanawiać. Oczywiście, że pojadę! – odpowiedziałam, mając nadzieję, że ks. Tomek potrafi wyobrazić sobie pokrywający moją twarz szeroki uśmiech.

Anna Łożyńska – wolontariuszka SWM „MŁODZI ŚWIATU” w Poznaniu