WIEŚCI SPOD AFRYKAŃSKIEGO NIEBA… (GHANA 2010)

Drodzy Wszyscy!

To już niemal dwa miesiące odkąd po raz kolejny jestem na Czarnym Lądzie, w małym miasteczku na zachodzie Ghany – Sunyani. Czas pędzi tak szybko, że nie zdążyłam jeszcze odzwyczaić się od widoku lipcowego słońca nad Polską, a tu już budzę się każdego dnia pod afrykańskim niebem. A u Was już jesień… Ktoś wczoraj mi napisał o początku roku na studiach, inni przeprowadzili się do nowych miejsc – każdy rok to zmiany, a tutaj wszystko toczy się trochę innym torem.

Przepraszam więc, że piszę dopiero teraz, a jednak z drugiej strony myślę sobie w duchu, że „każda rzecz ma swój czas” i to, że dopiero teraz czytacie te słowa – ma sens. Tydzień temu mała grupka poznańska stanęła w centrum naszego salezjańskiego świata – na Valdocco w Turynie, w miniony wtorek odbyło się pierwsze spotkanie wolontariuszy w Poznaniu, a ja z tego „drugiego końca świata” myślami i modlitwą wciąż byłam z Wami. To nie przypadek, że Basia z Łukaszem wyruszą niedługo do Sierra Leone, nieprzypadkowo też wiele zmieniło się w ostatnim czasie w Poznaniu, wszystko jak zawsze – z Góry ukartowane. I choć bardzo chciałabym być z Wami, bo czekają Was naprawdę piękne chwile w tym roku, wiem że największym „nie-przypadkiem” jest to, że tu jestem.

Kiedy dwa lata temu wróciłam z Ghany po dwumiesięcznej misji – prowadzonym obozie dla młodzieży, odkrywaniu zupełnie innej kultury, konfrontacji dwóch rzeczywistości, a szczególnie po wielkim spotkaniu z Bogiem w życiu wielu niesamowitych ludzi tu – byłam pod wrażeniem. Energia mnie rozpierała i szybko zrozumiałam, jak ją wykorzystać. Świat salezjańskiego wolontariatu przyciągnął mnie tak bardzo, że odmienił całkiem moje spojrzenie na rzeczywistość, na ludzi. A tych poznałam i wciąż poznaję – niesamowitych. Dziś wiem, że to tamta siła doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem teraz.

Wyobraźcie sobie, że przyjeżdżacie do zupełnie niezwykłego miejsca na ziemi, czas tam napełnia Was wiarą w życie, wracacie z myślą pożegnania na zawsze, aż pewnego dnia… dostajecie drugą szansę. Tak właśnie czułam się, po raz kolejny lecąc do Ghany. Okazało się, że to samo miejsce można odkrywać więcej niż raz, a Afrykę – zaryzykuję stwierdzenie – wciąż od nowa.

Minęły dwa miesiące, podczas których wiele się wydarzyło. Początkowo Sunyani było niemal oblegane przez wolontariuszy – byli nasi przyjaciele ze Świętochłowic, Ola z Wrocławia, byli Włosi, przyjechali Austriacy – zaczęła się praca na obozach wakacyjnych dla najmłodszych. To był niezwykły czas ponownego wdrożenia się w ghański świat i cieszę się, że przebiegał właśnie w ten sposób. Razem z Agnieszką, każdego dnia uczyłyśmy się animowania czasu dzieciom – tańców, piosenek, gier i zabaw, które dziś przydają nam się bardzo podczas oratorium. Tak jak wtedy mogłyśmy wrócić na chwilę do dziecięcych zabaw, tak teraz dzieje się to w każdy weekend, kiedy dzieci korzystają z naszej placówki.

Jednak dopiero od trzech tygodni zajmujemy się tym, co było celem naszej misji. Don Bosco Boys Home jest domem dla 32 chłopców w różnym wieku, których los przywiódł właśnie tutaj. Zwykle są półsierotami, ich historie naprawdę szokują. No bo jakie dziecko w Polsce trafia do takiego ośrodka po tym, jak oskarżono je o czary, które rzekomo wywołały śmierć ojca?

Pochodzenie chłopców nie zawsze jednak warunkuje ich zachowanie. Jak to w wieku dojrzewania – czasami są nieznośni, ale jednak kochani. Bywają chwile, że sprawiają nam naprawdę wielką rozrywkę!

Każdego dnia rano chłopcy idą do szkoły, a my w tym czasie możemy przygotowywać zajęcia. Po szkole wracają i jak za dotknięciem różdżki stajemy się nauczycielkami matematyki, angielskiego, przyrody i religii. Wielu z nich, choć są nastolatkami, wciąż mają problemy z czytaniem, no a zmorą wszystkich jest… tabliczka mnożenia! Po nauce biegniemy z nimi na boisko. Gramy w koszykówkę, a na ich rozgrywki w piłce nożnej patrzymy z podziwem – to jest to, co uwielbiają najbardziej na świecie! Mogliby tak całymi dniami, ale na szczęście nasz program jest napięty – wieczorem znów czeka nauka i inne zajęcia, które dla nich przygotowujemy. Na koniec najważniejsze, czyli modlitwa, a że miesiąc Maryjny, każdego wieczoru odmawiamy różaniec. Na modlitwie chłopcy skupiają się chyba tylko tak bardzo jak na piłce nożnej, a to dobry znak. W międzyczasie odwiedzają nas w małej klinice, którą prowadzimy dla nich. Przychodzą więc z każdym zadrapaniem, bólem brzucha, prawego palca u lewej nogi, a najczęściej, żeby się powygłupiać. Tak też nasz domek na niewielkim wzniesieniu nigdy nie świeci pustkami.

Życie płynie – tak jak Wam tam tak i mnie tu – bardzo szybko. W Ghanie, i owszem, mają czas i jak trzeba to wszystko jest „tomorrow”, ale chwil, by popracować nad czymś innym, napisać maile, jest niewiele. Cieszę się jednak. Każdy dzień to wyzwanie, każdy sprawia, że mamy po co żyć, że wiemy, dlaczego Bóg nas tu posłał. Tak miało być. Mam tylko nadzieję, że i Wy, każdego dnia, budzicie się z takim przeświadczeniem. Afryka przyciąga, sprawia, że wchodzimy w odmienny świat, czaruje nas tym, ale także przypomina, że gdzieś tam, nie tak daleko, za morzem, jest świat, do którego przynależymy i który zawsze będzie na nas czekał. Jestem szczęśliwa żyjąc tu, czując każdy promień słońca, ale i z nadzieją patrzę w przyszłość, kiedy to znów się spotkamy, a Wy pokażecie mi owoce tegorocznej pracy w wolontariacie. Wiem, że będą wielkie. Modlę się o to co dnia i wierzę, że Duch Święty Was poprowadzi. Wierzę w Was! I jestem obok wciąż.

 

Z NIEdalekiej ghańskiej krainy,

Bogu Was oddając w opiekę,

pozdrawiam i ściskam,

Ania

 

PS Więcej szczegółów o naszym misyjnym świecie na blogu, który prowadzimy: dom-ghana.blog.swm.pl  Zaglądajcie!