WYWIAD Z JUSTYNĄ STAROSTĄ

Justyna Starosta od kilku lat jest wolontariuszką SWM Młodzi Światu w Poznaniu. W 2008 roku wyjechała na misje, by pracować w Don Bosco Fambul, w Freetown (stolica Sierra Leone). Zapraszamy do lektury rozmowy, w której wolontariuszka opowiada o początkach i ścieżce misyjnej, jaką przebyła.

Kiedy i w jaki sposób trafiłaś do Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego – Młodzi Światu w Poznaniu?

Kiedy rozpoczęłam studia w Poznaniu zaczęłam się rozglądać za „jakimś wolontariatem”. Wcześniej, w mojej miejscowości Koło, w czasie liceum uczęszczałam wolontaryjnie pomagać w Domu Pomocy Społecznej. Była to praca z dziećmi z rodzin patologicznych.
O wolontariacie misyjnym dowiedziałam się od mojej bardzo dobrej koleżanki Pauliny Puszczyk. I tak rozpoczęła się nasza kariera wolontaryjna w SWM.

Jak to się stało, że wyjechałaś na misje?

Pragnęłam wyjechać na misje od zawsze, lecz nie sądziłam, że będzie to tak realne. Było to jak marzenie o czymś tak niesamowitym, że trudno wierzyć w jego spełnienie.
W 2008 roku ukończyłam studia pielęgniarskie, w tym samym roku w Sierra Leone GOAL, który opiekował się chłopcami w DON BOSCO FAMBUL pod względem medycznym – przestał wspierać tę placówkę.
I tak oto zaproponowano mi wyjazd do jednego z najbiedniejszych krajów świata, by opiekować się chłopcami z ulicy.
Oczywiście bez chwili wątpliwości, bez wahania zgodziłam się z wielką radością i wdzięcznością. Moje marzenie się ziściło. Miałam wyjechać na misje.

Najszczęśliwsza chwila w Free Town?

Wydaje mi się, że jest ich tak wiele, że trudno by je tu razem ogarnąć i opowiedzieć. Myślę, że każda chwila sukcesu, każda chwila zwycięstwa nad chorobą jak również zwycięstwa w zmienianiu zachowań i postaw życiowych chłopców była szczęśliwa i satysfakcjonująca. Dawała poczucie dumy oraz tego, że jednak NASZA praca (praca misjonarzy świeckich, jak i zakonnych) nie znika, ale est ważna, mimo, że jak kropla wody tonie w zgiełku świata, to jednak ważna jest dla tych kilku odmienionych serc, dlatego WARTO.

Co jest najtrudniejsze dla wolontariusza – misjonarza świeckiego, pracującego w afrykańskiej rzeczywistości?

Najtrudniejsze? W tym momencie mogę powiedzieć, że najtrudniejsze są POWROTY. Jednak będąc tam trudność polega na cierpliwości i pokorze. Zrozumieniu tamtej ludności i tolerowaniu ich tradycji – pogodzeniu się z tamtejszą sytuacją i wczucieusię w nią. Działanie tylko z tym co masz w chwili, w której jesteś. Co nie zawsze jest proste…, bo tam możliwości jest o wiele mniej.

Jak wyglądał Twój typowy dzień na placówce misyjnej?

Zazwyczaj pobudka w godzinach rannych – pukanie do drzwi: „Justyna boli mnie brzuch”, „A on mnie pobił”, „Mam gorączkę”, „Wymiotowałem” itp. Spędzałam ten czas w gabinecie (nie wyobrażajcie sobie zbyt wiele, sama go stworzyłam!). Potem chłopcy mieli lekcje, obiad, piłkę nożną (w tym czasie wiele zadrapań, skaleczeń, ran) a następnie zajęcia dodatkowe: ja prowadziłam plastykę dla chłopaków. Lubili ją bardzo – miałam w klasie średnio 25 chłopców. Uwielbiali szczególnie kleić i wycinać, gdyż nie znali tego wcześniej. Robiliśmy plakaty, laurki i rzeźby z masy papierowej. Potem miałam czas wolny. Wtedy wychodziłam na miasto, targi, zwiedzałam, spędzałam czas z ludźmi mieszkającymi w pobliżu, poznawałam ich sposób życia, problemy, ich smutki i radości.

Jakie zmiany w Twoim życiu przyniósł wyjazd misyjny?

Dał mi olbrzymią wiarę w spełnienie tego, czego się pragnie i docenienie tego, co się ma a także możliwości jakie się ma tu – w białym świecie.

Jaka jest Afryka w Twoich oczach?

AFRYKA – jest cudowna, piękna, fascynująca i smutna jednocześnie. Jest jak wieczne marzenie o wolności, jest jak marzenie o dobrobycie. Jest wieczną walką o przeżycie. Afryka żyje własnym życiem, tętni dzikością i innością, której niestety jest coraz mniej. Pokochałam to miejsce i na zawsze pozostaje wyryte w moim sercu. Michał Głuszek powiedział mi przed moim wyjazdem, że z Afryki zawsze się wraca chorym i to jest jedna z najgorszych chorób, która pozostaje do końca życia, nazywa się ona TĘSKNOTA.

Rozmawiała Katarzyna Banaszak